Co zrobić, gdy freelancer zniknął w trakcie realizacji strony internetowej?
W ciągu ostatnich dziesięciu lat i ponad 250 zrealizowanych projektów zdarzało mi się przejmować cudze, porzucone strony może z piętnaście razy. To nie jest ogromna liczba, ale wystarczająca, żebym poznał ten scenariusz od podszewki — zarówno jako ten, który dokańcza robotę po kimś, jak i jako ktoś, kto rozmawiał z klientami w środku kryzysu, zanim jeszcze zdecydowali się szukać zamiennika. Napiszę to wprost, bo mało kto w tej branży to powie: freelancerzy czasem naprawdę znikają, i nie zawsze chodzi o oszustwo. Czasem to wypalenie, choroba, zbyt wiele projektów naraz, problem z zarządzaniem czasem albo zwykła niedojrzałość biznesowa. Motyw nie zmienia Twojej sytuacji — strona stoi w połowie, pieniądze poszły, a Ty potrzebujesz konkretnego planu, nie pocieszenia.
Najpierw diagnoza: czy to na pewno „zniknięcie”
Zanim uruchomisz procedurę kryzysową, sprawdź, czy nie jest to zwykłe opóźnienie, które źle wygląda z zewnątrz. W mojej praktyce widziałem obie sytuacje i mylenie ich kosztuje nerwy po obu stronach.
- 1-3 dni ciszy przy jednym kanale kontaktu — to jeszcze nic. Ludzie chorują, wyjeżdżają, mają awarie sprzętu.
- 7-10 dni braku odpowiedzi na wiadomość, telefon i mail jednocześnie — to już czerwona flaga, zwłaszcza jeśli wcześniej kontakt był regularny.
- Zniknięcie profili — freelancer usunął stronę wizytówkową, konto na Facebooku firmowym albo profil na portalu, przez który go znalazłeś. To zwykle oznacza świadome wycofanie się, nie chwilową przerwę.
- Brak odpowiedzi mimo potwierdzenia odczytu — jeśli maile są otwierane (widać to np. po powiadomieniach z niektórych klientów pocztowych) albo status na komunikatorze pokazuje aktywność, a mimo to cisza — to najbardziej jednoznaczny sygnał.
Zanim uznasz sprawę za stracone, wyślij jedną, spokojną wiadomość z konkretnym terminem: „Proszę o odpowiedź do [data, zwykle 3-5 dni robocze], w przeciwnym razie uznam umowę za niewykonaną i podejmę dalsze kroki.” Taka wiadomość ma dwie funkcje — daje ostatnią szansę na wyjaśnienie (czasem to naprawdę szpital albam żałoba, nie oszustwo) i jednocześnie buduje dokumentację, która przyda się później, jeśli sprawa trafi do prawnika albo sądu.
Pierwsze 7 dni: co zabezpieczyć, zanim zrobisz cokolwiek innego
To jest moment, w którym większość klientów popełnia błąd — zamiast zabezpieczyć aktywa, od razu szukają nowego wykonawcy albo piszą oburzone opinie w internecie. Obie rzeczy mają sens, ale później. Najpierw dostępy.
- Domena. Sprawdź w panelu rejestratora (Home.pl, OVH, nazwa.pl, Cloudflare itd.), kto jest właścicielem administracyjnym domeny. Jeśli freelancer rejestrował ją na swoje dane — to jest priorytet numer jeden. Domena zarejestrowana na wykonawcę, a nie na Ciebie, to jeden z najczęstszych błędów, jakie widzę, i najdroższy w naprawie, jeśli dojdzie do sporu o własność.
- Hosting. Sprawdź dostęp do panelu (cPanel, DirectAdmin, panel klienta hostingodawcy). Jeśli konto jest na dane freelancera, skontaktuj się z hostingodawcą — większość firm hostingowych ma procedurę przeniesienia usługi na podstawie faktury lub umowy potwierdzającej, że to Ty jesteś stroną finansującą usługę.
- Panel WordPressa i FTP/SFTP. Zmień hasła natychmiast, jeśli masz dostęp administratora. Jeśli nie masz — to pierwsze, o co trzeba poprosić hostingodawcę (reset przez panel klienta, nie przez WP-admin).
- Kod źródłowy i kopia zapasowa. Poproś (a jeśli nie odpowiada — spróbuj pobrać samodzielnie przez FTP albo z poziomu panelu hostingu) o pełny eksport plików i bazy danych. Bez tego nowy wykonawca zaczyna właściwie od zera, nawet jeśli strona „wygląda” na gotową w 80%.
- Licencje płatnych wtyczek i motywu. To często pomijane, a bywa kosztowne — licencja np. na motyw premium czy wtyczkę do rezerwacji jest zwykle przypisana do konta e-mail freelancera. Bez dostępu do tego konta stracisz aktualizacje i wsparcie, a czasem sama wtyczka przestanie działać po wygaśnięciu klucza.
Zbierz to wszystko w jednym miejscu — nawet w prostym dokumencie tekstowym z listą loginów, adresów paneli i statusów („mam dostęp” / „nie mam, trzeba odzyskać”). To będzie podstawa briefu dla kolejnego wykonawcy i, jeśli sprawa się skomplikuje, dowodu należytej staranności z Twojej strony.
Czy iść do sądu? Chłodna kalkulacja, nie emocje
Rozumiem złość, kiedy ktoś wziął zaliczkę i zniknął. Ale zanim zdecydujesz się na drogę prawną, policz, a nie tylko poczuj.
- Umowa o dzieło bez pisemnej formy — jeśli cała ustalenia były na Messengerze albo mailowo, to i tak stanowi dowód (korespondencja ma wartość dowodową w polskim prawie cywilnym), ale postępowanie będzie dłuższe i mniej przewidywalne niż przy podpisanej umowie.
- Kwoty do ok. 4-5 tys. zł — w praktyce koszt czasu (Twojego i ewentualnie prawnika), opłata sądowa i miesiące oczekiwania rzadko się zwracają, nawet jeśli sprawę wygrasz. Egzekucja od freelancera, który już raz zniknął, bywa iluzoryczna — jeśli nie ma majątku ani stałych dochodów udokumentowanych, wyrok zostaje na papierze.
- Kwoty powyżej 8-10 tys. zł — tu kalkulacja zaczyna się zmieniać. Wezwanie do zapłaty wysłane przez prawnika (koszt zwykle 300-600 zł za pismo) czasem samo w sobie odblokowuje kontakt i zwrot części środków, bo freelancer nie chce sprawy w sądzie ani wpisu w rejestrze dłużników.
- Zgłoszenie do BIG / KRD — jeśli masz fakturę i dowód niewykonania usługi, wpis do rejestru dłużników jest tańszą i szybszą formą nacisku niż pozew, choć nie odzyskuje pieniędzy bezpośrednio.
- E-sąd (elektroniczne postępowanie upominawcze) — jeśli masz fakturę i jasno określoną kwotę, to najtańsza i najszybsza ścieżka sądowa w Polsce, opłata to 5% wartości roszczenia (minimum 30 zł), a całość załatwia się bez wychodzenia z domu.
Z mojego doświadczenia: w większości przypadków klienci, którzy stracili 1500-3000 zł zaliczki, po prostu odpuszczają i inwestują energię w dokończenie projektu z kimś innym. To racjonalne, nawet jeśli niesprawiedliwe.
Jak znaleźć kogoś, kto dokończy projekt po innym wykonawcy
Tu jest miejsce, w którym najbardziej się zawodzimy jako klienci — szukamy najszybszej i najtańszej opcji, bo „przecież strona jest w 70% gotowa”. Otóż często nie jest, a przejęcie cudzego kodu bywa droższe niż budowa od zera, i warto to zrozumieć, zanim się rozczarujesz kolejną wyceną.
- Audyt przed wyceną, nie po. Uczciwy wykonawca najpierw zajrzy do kodu, sprawdzi strukturę motywu, jakość wtyczek, czy strona w ogóle da się bezpiecznie rozbudować, a dopiero potem poda cenę. Jeśli ktoś wycenia „dokończenie” bez zaglądania do panelu i plików — traktuj to jako wróżenie z fusów.
- Liczy się jakość poprzedniej pracy, nie procent ukończenia. Widziałem strony opisane klientowi jako „gotowe w 80%”, w których frontend rzeczywiście wyglądał niemal skończenie, ale backend był poskładany z trzech konfliktujących ze sobą wtyczek do tego samego (np. formularze + rezerwacje + SEO w wersjach, które się wzajemnie nadpisywały). Naprawa takiego bałaganu bywa droższa niż postawienie strony na czystym, sprawdzonym zestawie narzędzi.
- Realne widełki. Dokończenie prostej strony wizytówkowej po innym freelancerze to zwykle 1500-4000 zł, w zależności od stanu kodu. Przy sklepie WooCommerce z rozjechaną integracją płatności czy magazynu widziałem wyceny w granicach 6000-12000 zł — czyli momentami zbliżone do budowy nowego sklepu, bo trzeba jednocześnie sprzątać stare i dowozić nowe.
- Pytaj o rekomendację dokończenia vs. start od zera. Dobry wykonawca powie Ci szczerze, kiedy taniej i szybciej jest zacząć od nowa, zamiast ratować projekt za wszelką cenę — nawet jeśli oznacza to dla niego mniejsze zlecenie.
Jeśli szukasz kogoś, kto przejmie taki projekt i poprowadzi go rzetelnie do końca, zajrzyj do oferty budowy i przejmowania stron internetowych — pierwszym krokiem zawsze jest u mnie właśnie audyt tego, co już istnieje, żebyś dostał realną wycenę, a nie strzał w ciemno.
Jak zabezpieczyć się na przyszłość: kamienie milowe zamiast zaliczki z góry
To sekcja, którą powinienem był napisać na początku, bo cała reszta artykułu to gaszenie pożaru, który dało się w dużej mierze przewidzieć. Model, który stosuję sam i rekomenduję klientom niezależnie od tego, z kim pracują, wygląda tak:
- 30% na start — po podpisaniu umowy i przed rozpoczęciem prac. To pokrywa ryzyko wykonawcy, że klient też może zniknąć, i jest standardem, który nie powinien budzić wątpliwości.
- 40% po akceptacji makiety/projektu graficznego lub działającego szkieletu strony — czyli w momencie, gdy widzisz konkret, a nie obietnicę. To najważniejszy kamień milowy, bo tu weryfikuje się, czy wykonawca w ogóle pracuje zgodnie z ustaleniami.
- 30% po wdrożeniu, ale przed przekazaniem pełnych danych dostępowych na stałe — ostatnia transza jest zabezpieczeniem dla Ciebie: nie płacisz w całości, dopóki strona nie działa na Twoim serwerze i nie możesz samodzielnie się do niej zalogować.
Dodatkowo, niezależnie od modelu płatności, wprowadź trzy zasady, które kosztują zero złotych, a chronią najbardziej:
- Domena i hosting rejestrowane od razu na Twoje dane, nawet jeśli freelancer je konfiguruje. To Ty jesteś abonentem, on tylko ma tymczasowy dostęp administracyjny.
- Dostęp do repozytorium kodu (choćby prywatny branch na GitHubie) od pierwszego dnia, nie dopiero na koniec. Jeśli wykonawca odmawia — to samo w sobie jest sygnałem ostrzegawczym.
- Umowa z konkretnymi terminami pośrednimi (nie tylko datą końcową) — np. „makieta do 14 dni od podpisania umowy”, „wdrożenie treści do 30 dni”. Brak terminów pośrednich to najczęstsza luka, przez którą projekty rozjeżdżają się w czasie na tygodnie, zanim ktokolwiek zauważy problem.
Żaden z tych mechanizmów nie daje stuprocentowej gwarancji — freelancer w skrajnym przypadku i tak może zniknąć po otrzymaniu pierwszej transzy. Różnica jest taka, że tracisz wtedy 30%, a nie 100%, i masz w rękach domenę, hosting i to, co powstało do tego momentu, zamiast pustego konta bankowego i zerowego postępu.
Masz porzucony projekt strony i nie wiesz, od czego zacząć jego ratowanie?
Realizuję projekty dla firm z całej Polski. Bezpłatna wycena — odpowiadam w 24h.
Często zadawane pytania
- Freelancer zniknął, a ja nie mam podpisanej umowy — czy w ogóle mam jakieś prawa?
- Tak. Korespondencja mailowa, wiadomości z komunikatora, potwierdzenie przelewu zaliczki i ewentualna faktura stanowią dowody w postępowaniu cywilnym, nawet bez jednego dokumentu nazwanego „umowa”. Szanse na odzyskanie pieniędzy są mniejsze i proces trudniejszy niż przy podpisanej umowie, ale droga prawna (np. e-sąd) pozostaje otwarta.
- Ile realnie kosztuje dokończenie strony po innym wykonawcy?
- Dla prostej strony wizytówkowej to zwykle 1500-4000 zł, zależnie od stanu kodu i tego, ile trzeba poprawić zamiast dobudować. Dla sklepu WooCommerce z rozjechanymi integracjami widełki rosną do 6000-12000 zł, a w skrajnych przypadkach zbliżają się do kosztu budowy od zera — dlatego audyt przed wyceną jest niezbędny, nie opcjonalny.
- Czy mogę żądać zwrotu zaliczki, jeśli freleancer wykonał część prac?
- Możesz żądać zwrotu proporcjonalnie do niewykonanej części — to standard przy umowie o dzieło. W praktyce, jeśli wykonawca faktycznie zniknął, egzekucja takiego roszczenia bez jego współpracy bywa trudna, dlatego często korzystniejsze finansowo jest zaakceptowanie straty i skupienie budżetu na dokończeniu projektu z kimś innym.
- Jak sprawdzić freelancera przed podpisaniem umowy, żeby uniknąć takiej sytuacji?
- Poproś o referencje z ostatnich 2-3 miesięcy (nie sprzed lat), sprawdź, czy ma aktywną działalność gospodarczą (CEIDG), poproś o umowę z konkretnymi terminami pośrednimi, nie tylko datą końcową, i nalegaj na płatność w kamieniach milowych zamiast jednej dużej zaliczki na start. Brak zgody na którykolwiek z tych punktów jest sam w sobie sygnałem ostrzegawczym.